niedziela, 31 maja 2009

Zakopane



Wyjechaliśmy busem, o 7 rano. Mieliśmy wyjechac o 6 ale klarnecista się spóźnił.
W Zakopocu szał, próba, od razu potem spektakl Marleny, a potem drugi spektakl i wypad do knajpy. Tam niestety odpadłam ok. 2 a balety w teatrze coś do 6 trwały, a ok. 7 Marek Wrona stanął w naszym pokoju na anteresoli i życzył żeby nam się przyśniły :plaże, palmy i napakowane leżaki.
Drugiego dnia zabrałyśmy sie z gościnnego pokoju w teatrze i przeniośłysmy sie , do pokoju w Domu Muzealnym ORNAK. Tam wieczór spędziliśmy w piątkę. Mąż Marleny i Adam Świtała grali cudnie na gitarach. Mieliśmy muzykę na żywo przy blasku świec, przy winie, w stylowych wnętrzach...
Spektakl Marleny jest godny polecenia. Teksty są poruszajce,miętolą bebechy. Warto było jechać i żal było wracać. Zostawiliśmy za sobą zlane deszczem Zakopane i przyprószone świeżym śniegiem szczyty.

czwartek, 28 maja 2009

po plenerze



Namalowałam jeszcze jeden obraz, ale nie miałam ram do płyty, więc go zabrałam. Grubasek poszedł do Piotra Michnikowskiego, więc tez wrzucam jako "dziecko" co wyszło z domu. Wymieniliśmy się, ja dostałam ceramiczna rzeżbę, a On obraz.
A oto kilka zdjęć z wystawy poplenerowej foto w Muzeum Międzychodzie, tzn.wystawa była w Międzychodzie, a plener w Kamionnej.

Przesiadka

Spędziłam 7 godzin w aucie, Droga Łowicz-Warszawa rozkopana, wypadek po drodze. Długi powrót.
O plenerze napisze jak wrócę. Magda Braciszewska powinna przywieźć zdjęcia ( o ile sie uda) bo Joli zepsuła sie nagrywarka płyt DVD.

Czekam na info o pogrzebie Grzeszyka...straszne. Informacje dostałam na plenerze.

piątek, 15 maja 2009

No to...

komu w drogę, temu hulajnogę

Anna Róża Gurowska



Anna Róża Gurowska mieszka w Oslo. Maluje,wychowuje dzieci i tłumaczy Norwegom twórczość Muncha. Zabawne, prawda?
Byłyśmy w jednej klasie się w PLSP, tylko, że ja w grupie niemieckiej , a Rózyczka we francuskiej. Spędziłyśmy upojne 5 lat usilnie "wychowywane " przez jednorękiego bandytę czyli STC. Potem Różyczkę nosiło po świecie, łamała męskie serca, aż ustatkowała się ( odnoszę wrażenie, że chwilowo ) w Norwegii.

Szkoda, ze Różyczka nie może z Oslo do Dormowa przyjechać. Strasznie lubię patrzeć jak Ona pracuje, w szale otoczona karteczkami, farbami, kredkami lekko przechylając głowę i mrużąc oczy. Bawi mnie jak faceci na Jej widok troszkę głupieją, bo ma babeczka w sobie coś elektryzującego.

To foto zrobiłam w Kosinie w zeszłym roku. Fajnie było. Mieszkałyśmy w jednym pokoju. Przegadałyśmy nie jedną noc.


Gosia Mąkosa


Sprzedałam obraz Gosi, co to jeszcze po plenerze w Kosinie u mnie stał i czekał na to, żeby wrócić do autorki. Żal mi było się z nim rozstać, ale nie miałam należytych warunków na wyeksponowanie, bo ma on 1,20m x1,30m czyli kawał miejsca zajmuje.
Czasami lubiłam go wyciągnąć i pogapić się, naelektryzować czerwienią i dynamiką.
Na szczęście mam go na zdjęciach...

Bardzo lubię to co Gosia robi. Jej poszukiwania w trudnym temacie, jakim jest koń są niebanalne i jak dla mnie ekscytujące. Mocne zestawienia kolorystyczne, dynamiczne pociagnięcia okreslające formę ... takie to dalekie od banalnego "konika na łące", czy całej kiczowatej otoczki która wytworzyła się wokół "koników". Obrazy Jej wywołują, we mnie tęsknotę za dużym domem, bo... chciałabym je mieć. Przy rozmiarach mojego mieszkania mogę pozwolić sobie tylko na Jej rysunki. Oczywiście jak coś mam, to lubię, żeby wisiało na ścianie. Nie cieszą mnie prace poutykane po teczkach, tzn. cieszą, ale nie aż tak bardzo....

czwartek, 14 maja 2009

niecierpliwe przytupywanie

Rano zaczęłam składac na kupkę, to co zabiorę na plener. Papiery, blejtramy, plyty, grunt, wszystko przygotowane stoi i uśmiecha się do mnie ładnie.
Zadzwoniła Ela Gnatowska z pewną propozycją, ale na razie ciiiii, żeby nie zapeszyć. Pojechałam do neurologa, dostałam skierowanie na USG przepływów. Dojazd do neurologa skomplikowany, ale...skończyłam książkę w busie.Pognałam po dziecko do szkoły, szybki obiad i znów musiałam iść do szkoły na zebranie.
Pani podsumowała zieloną szkołę. Raju! Jeśli dzieciaki rzeczywiście tak się zachowywały jak mówiła, to niezłe wzorce z domów wynoszą. No bo jesli nie z domów to skąd? Dziewczynki przeklinały, chłopcy dzwonili na numer pizzerni i proponowali pani odbierającej telefon sex. Jednej dziewczynce zrobili kocówę, bo ośmieliła się o tych telefonach donieść wychowawczyni. Kolejne dziewczynki się po ostrej wymianie zdań podrapły się w szale...
Jadę...juz mam reisefieber.

poniedziałek, 11 maja 2009

Ewa w szpitalu...

Grzeszczuś w śpiączce. Na przejściu dla pieszych jedno auto się zatrzymało, a drugie...niestety nie. Obrzęk mózgu, dwa pęknięcia czaszki. Jestem zła i płakać mi się chce z poczucia bezradności.

Gustawy



Fajne rzeczy rysuję

z nowym tygodniem

niedziela, 10 maja 2009

Komunia

Komunia Kuby była o 9 rano. Wstawanie o 7 rano w niedzielę, to barbarzyństwo, ale czego się nie robi dla przyjaciół i ich dzieci. Świętowanie było solidne, aczkolwiek bezalkoholowe. Jadła wszelakiego był dostatek. Dobrze, ze ogród za drzwiami zaraz, to można było kości wyprostować. Dzieciaki ganiały bez opamiętania, zziajane, spocone, szczęśliwe. Fajnie być dzieckiem...o ile nie trzeba siedzieć w szkole:))

sobota, 9 maja 2009

i po zielonej szkole...




Rano zasadziliśmy zioła i kwiatyna balkonie. Antek już jest w domu. , zadowolony z torbą brudnych ubrań. Staram się pogodzić rozpakowywanie ze sprzątaniem, robieniem pudełek itp. Ciężko mi to idzie.
W lodówce stoi winko i czeka na wieczór...



Oprawiłam obraz dla Kubusia. jutro na 9.00 lecimy do Niego na Komunię.Kto wymyslił Komunię tak rano?! Muszę go jeszcze zapakowac jakoś, no i wymysleć jak się przebrać za kobietę...

piątek, 8 maja 2009

7:45

A ja juz po kawie i odstałąm swoje w kolejce zeby się do lekarki zapisać. Udało mi się!
Muszę skierowania wyciagnąć do neurologa, ortopedy czy ja wiem do kogo jeszcze?
Drętwieje mi lewa ręka, jak za długo siedzę i pracuję, a ostatnio rysuję non stop, więc idiotyczne uczucie mrowienia mam właściwie cały czas....Sypię się?
Właśnie jem śniadanko i znów czeka mnie stos rysunków do zrobienia ,a potem do obrobienia w kompie.

czwartek, 7 maja 2009

Gustaw?


Rysunki J.Gnatowskiego

Wczoraj rano pojechałam do wydawnictwa, póznej na Dziką, zlecić zalaminowanie i oprawienie fot , i do sklepiku na ASP po pędzle i sykatywę. Na 16 byłsmy z Marleną w Pałacu na Wyspie na przyznaniu orderu prof. Markowi Kwiatkowskiemu, dyrektorowi Zespołu Pałacowo - Ogrodowego Łazienki Królewskie w Warszawie. Potem pognałysmy na Mazowiecką dobrać oprawę do rysunku Jerzego Gnatowskiego. Po drodze do mnie wrzuciłysmy na ząb chińszczynę. Wieczór spedziłysmy na skanowaniu rysunków J. Gnatowskiego, pogaduchach i słuchaniu Suit Angielskich Bacha w wykonaniu Pogorelicha. Skonczyłysmy o 1 w nocy, więc lekko niedospana jestem. Niby Antka do szkoły nie muszę, ale ...no wlasnie i tak trzeba wstac o 6.

Rysunki Gnatowskiego smakowite. Uwielbiam oglądać rysunki na papierze. Niektóre były jeszcze z lat 40-tych. Mam straszna ochotę na takie proste rysowanie. Cieszę się, że plener już za chwileczkę. Przebieram już nogami w blokach startowych.


Antek nie daje sobie rady z kolegami. Koledzy robią sobie z Niego jaja, dokuczają...WStretne głupie gnoje.Przeprowadził się so pokoju wychowawczyni.

Za oknem od wczoraj silny wiatr...

środa, 6 maja 2009

jejku...jejku

Byłam dzis rano w centrum i...horor, terror, marmelada!! Kompletnie nie wiem po co ludzie jeżdżą samochodami do miasta. I tak jest, jedno auto-jeden człowiek w środku,,a tych aut setki tysiecy, a w kazdym wściekły człowieczek... Ja jak mam ładować się w sam środek miasta, to robię to busem, tramwajem. Jak jest korek, mogę porzucić środek komunikacji i zasuwac na piechotę. Auta raczej nie porzucę...No i jak już dojadę tam gdzie chcialam to zaczyna się drugi problem -gdzie zaparkować? Patrzyłam co dziś wyrabiali zdesperowani kierowcy w centrum miasta, gdzie naprawde jest mało miejsc, zastawiali jeden drugiego, stawali na chodnikach, tak, że piesi musieli na jezdnię wchodzić.
Wiem, że może w busach jest mało komfortowo, bo brud, bo woń rodaków bywa mało zachęcająca...ale pół dnia spędzać w korku?
Chyba coraz lepiej mi na moim zapyziałym Czerniakowie;))

poniedziałek, 4 maja 2009

Bez

Antek dojechał do Łeby i dzieciaki były juz na spacerze nad morzem.
Krzyś kupił imieninowe wino i zrobilismy wyprawę po bez. Dostałam piękny imieninowy bukiet. Pachnie w pracowni., ba pachnie w całym mieszkaniu.


Zielona szkoła

Rano Antek załatwił mi fitness, bo nie zapakował zeszytów. Ja natomiast nie sprawdziłam tego wczoraj, więc musiałam szybko skoczyć do domu i wrócić. Pojechali. Mam łaskotanie w żołądku. Dokąd nie dojadą na miejsce, będę w nerwach.

niedziela, 3 maja 2009

W swięta nic tyllo alkoholizować się






Dzisiejszy dzień zaczał się jeszcze w Łodzi. Ruszylismy na tyle wcześnie, ze nie natkneliśmy się na korki. W ferworze łódzkiej ekstazy zapomniałam, że dzis jest 3 maja, czyli święto i nie kupimy niczego do jedzenia. W sumie jest to dziwne, bo z alkoholem nie było problemu, ze słodyczami, ale już o takim chlebie to można było sobie tylko pomarzyć. Jednym słowem w czasie świąt nic tylko chlać i jeść słodkości. Na szczęście mój małzonek upiekł chleb. Jutro Antek jedzie na zieloną szkołę i nie miałabym jak Mu zrobić kanapek.
Zapakowałam smarkacza i już się denerwuję...daleko jadą.
Żeby się odstresować zfociłam pudełka. Ostatnio nie robiłam dokumentacji bo...no nie wiem czemu.

Pies z truskawkami-raz!

Wielkie Grillowanie



Rano pojechalismy do Szwarców na działkę. Pięknie świeciło słoneczko, graliśmy w bule. Lataliśmy na boso, ja sobie po raz pierwszy od chyba 20 lat weszłam na drzewo... Z Agnieszką i z dzieciakami poszłyśmy do lasu, pięknego bukowego.
Poniewaz każdy ze sobą coś przywiózł to jedzenia było tyle, że wystarczyłoby na tydzień: boska kasznaka, kiełbaski, karkówka, kurczaki. Anita zrobiła zajebiste pierogi. Moim faworytem zostały te z jagnięciną i serem feta. Narzeczona Krzyśka ( syna gospodarzy) wraz z siostrą zrobiły ciasta. Nic tylko oddawać się rozkoszom podniebienia.
Justynka z Wojtkiem zostali mistrzami gry w bule. Fajna gra, taka na "po ogromnym jedzeniu".

Wielka Majówka

Ruszylismy z Warszawy w czwartek. Stalismy w megakorkach, jechaliśmy do Nadarzyna 2 godziny. ale dojechalismy do Motyków na 18. W nocy zrobiłysmy z Agnieszka wypad po bez. Rano w piątek wybraliśmy się na Młynek. Wojtek zabrał wędzarkę do ryb.
Rozbiliśmy obozowisko na cypelku. Leżelismy, gadaliśmy, piliśmy wino i jedliśmy świerzo uwędzone ryby. Dzieciaki szalały, a my oddawalismy się słodkiemu nieróbstwu.Wieczorem oglądaliśmy filmy , piliśmy wino. Dzieciaki rozstawiły sobie namiot w pokoju i...miały ubaw. Ja ładowałam akumulatory, swoje akumulatory, które już ulegały rozładowaniu od pracy, obowiązków, ilości rzeczy do spamiętania itp. Jak jestem u Motyków to zawsze żałuję, że nie mam ogromnego domu w którym moglibysmy wszyscy mieszkać.