Rano pojechałam do WSiPu. Przywiozłam ze sobą stosik opasłych książek do botaniki i biologi. Będę rysować komórki, kiełkującą fasole itp. Szłam przez miasto z dużym worem, bo taką subtelną i szalenie kobiecą mam torbę, aczkolwiek dla wyrobnicy sztuki bardzo przydatną, bo pakowną.
Chmury straszą deszczem, ciągle i nieustająco. Ołów wciska w ziemię...
Troszkę mną tarmosić zaczyna tęsknota za Antkiem. Siedzi smyk u babci i ma wakacje. Deszcz pada ciągle w całej Polsce, ale na wsi w Łazorach jest też kuzynka Antka , Karolinka, więc chyba się nie nudzą tak bardzo.
Ja za to pracuję, przynajmniej się staram. Zarabiam na chlebek z szynaczką... hehe, a naprawdę to na nowy aparat bo stary mi się zborsuczył.
Wczoraj zostałam porwana z domu przez Marlenę i przeglądałyśmy różne materiały z którymi COŚ trzeba będzie zrobic. Zaczęłyśmy od założenia konta dla
Marleny na Youtube, żeby wrzucac filmiki ze spektaklu.
Spędziłam kilka godzin przy kompie i znów drętwieją mi palce lewej dłoni. Chyba jednak muszę iść na te badania....
Tak dłubię dziś w tym poście i dłubię, ale stwierdziłam, że mnożę je ponad potrzebę. Narysowałam kiełkowanie fasoli, wskanowałam i obrobiłam. Skończyłam książkę o Dagny, zaczęłam "Wyznanie gorszycielki" Ireny Krzywickiej. No i zaraz muszę znów do roboty wrócić. Czekają na mnie rysunki komórek.
Powinnam tez zacząć okłądkę na DVD Marleny, bo mam materiały, ale chyba dziś już chyba skończę prace przy kompie bo ile można?